Po Zamieci prawie tydzień
odpoczywaliśmy, kolejny tydzień to delikatny powrót do biegania. Trochę było
luźniej bo po pierwsze primo: Paweł jechał na obóz do Portugalii a po drugie
primo: Tomek, czyli ja, jechałem na urlop w góry a wcześniej na bieg: ICEBUG
Winter Trail 21km w Gorcach, na który zapisałem się dość spontanicznie…
Już miałem nie jechać. Byłem
trochę przeziębiony i rozbity biegowo. No ale cóż wpisowe poszło i szkoda było
i szansy i pieniędzy. Dodatkowo pogoda miała być wprost idealna…więc siedzę w
przedziale pociągu jadącego do Krakowa. O 23:30 melduję się w Nowym Targu. Noc
ciężka, słabo przespana, poranek z zawalonym gardłem i nosem. Rano jadę trochę jak
na ścięcie. Odebrałem pakiet, siedzę
spokojnie, obserwuję… i nagle przychodzi otrzeźwienie „kurwa przecież to kawał
drogi 21km po górach”. Co tu robić? Rozgrzewać się? Wykonywać jakieś nerwowe
ruchy? Może się rozciągać? Nie daje po sobie poznać paniki, która mnie ogarnęła.
Wiem co zrobię: kupię sobie żel – tak to jest świetny pomysł. Dla ścisłości
dodam, że nie jadłem śniadania, prawie nie piłem, w ogóle nie wiem o czym ja
rano myślałem…Tego już nie nadrobię, mam nadzieję, że żel wystarczy. Start. Coś
ciężko ale daję do przodu. Zawodnicy z tras 21km oraz 11 km ruszyli razem więc
trudno się zorientować co kto leci. 3 km biegu a ja mam dość ( to słowo będzie
pojawiało się w mojej głowie podczas tego biegu bardzo dużo razy ). Po długim
zbiegu ostry skręt w prawo. Kopny śnieg i ostre podejście wybierają mnie z sił
bardzo szybko. Tracę kilka pozycji, dziś chcę po prostu to ukończyć. Do
schroniska na Turbaczu, które było na 14 km trasy, przeżywałem wiele kryzysów
ale się nie poddałem i mozolnie podchodziłem, podbiegałem zastanawiając się dlaczego
sobie to robię… W pewnych momentach biegu myślałem że jestem już ostatni.
Schronisko, punkt żywnościowy.
Pochłaniam pomarańczę, piję do oporu i lecę w dół. Czas na górę prawie dwie
godziny… Biegnę nawet całkiem rześko a po prawej stronie Tatry w pełnej
okazałości, już teraz wiem po co tu przyjechałem.
![]() |
Tatry z Turbacza |
Długa Polana |
Co prawda znowu nie udało mi się
wygrać ale widoki każdy uczestnik miał takie same - zapierające dech. Po ok. 4
km zbiegu, znowu podejście. Wlokę się jak zombie, słyszę metę ale jej nie
widzę. Ostatnie metry to zbieg przy stoku narciarskim. Upragniona meta.
Czas: 2:47:18, straciłem prawie godzinę do zwycięscy, zajmując 99
miejsce na 247 zawodników z opuszczoną głową idę coś zjeść.
Muszę przyznać, że napisanie
kilku słów o tym biegu zmęczyło mnie na nowo…
A tak na serio: piękny bieg, w pięknym miejscu. Wymagające 21 km,
było dużo kopnego śniegu, który sprawy nie ułatwiał. Trasa świetnie oznaczona,
dobre jedzenie na mecie i fajny pakiet startowy. Impreza, w której warto uczestniczyć
ale której nie można zbagatelizować.
Widać na mecie że chyba faktycznie nie miałeś dnia. Tak czy inaczej jedno doświadczenie do przodu. Nie martw się. Kiedyś wygrasz.
OdpowiedzUsuń"Chodź Pinky, jutro znów opanujemy świat." Mózg