Festiwal Biegowy w Krynicy –
Zdrój, impreza wyjątkowa. Święto Biegaczy, którzy w niezliczonej ilości
opanowują to wyjątkowe urokliwe miejsce na całe 3 dni. Festiwal to nie tylko
bieganie – choć tego tu jest pod dostatkiem – to także spotkania ze znanymi
sportowcami, prelekcje, wykłady, koncerty oraz spore Expo. Imprez jest bez
liku, nie będę ich wymieniał bo to nie miejsce na to ale wierzcie mi na słowo
jest w czym wybierać.
W tym roku nie planowałem udziału
w biegach festiwalowych, wyjazd trafił mi się dość niespodziewanie w ramach
promocji Maratonu Lubelskiego ( nasze stoisko było piękne a obsługa bardzo
fachowa ).

Jak tylko znaleźliśmy się
miejscu i zainstalowaliśmy nasze stoisko poszedłem zapisać się na biegi.
Z Menu wybrałem:
·
15km
·
36km bieg górski
·
Półmaraton
Akt I
15km – start w piątek o godz. 17, 360m przewyższenia. Czas
01:08:33
15km, co to jest piętnaście kilometrów, tyle co nic.
Formy nie mam, więc niczym się nie przejmowałem. Przed startem trochę potruchtałem,
porozglądałem się… i ruszyliśmy. Najpierw z górki jakieś 300m a dalej było już
tylko lepiej. Podbieg pod Romę nie miał końca…prawie 4km do góry…miejscami
bardzo do góry. Walczyłem, dawałem z siebie wszystko na co było mnie w danej
chwili stać. Na szczycie dopadła mnie bardzo rozległa kolka…myślałem, że będę
musiał stanąć. Parę głębokich wdechów trochę pomaga i bardziej zdecydowanie
ruszam w dół w stronę Tylicza. Górka z tej strony przełamywana jest kilkoma
wypłaszczeniami. Stromy podbieg na Rynek w Tyliczu i 7,5km w 34:15. Drugą część
pobiegłem w 34:18. Dałem z siebie bardzo dużo, po biegu długo nie mogłem
zasnąć, serce waliło mi jak oszalałe. Musiałem jednak złapać parę godzin snu bo
o 3:20 znowu miałem biec…spałem może godzinę…
Akt II
36km bieg górski - start w
sobotę o godz. 3:20, ok. 1000m przewyższenia. Czas: 05:14:14
O 2:30 wyszedłem w wyjątkowo
ciepłą noc, mgła spowijała całą Krynicę ale miasteczko nie spało. Około 1700 ludzi
mniej lub bardziej pozbawionych zdrowego rozsądku już oczekiwało na ten
magiczny moment nocnego startu ku górom. Na tę chwilę, na którą przygotowywali
się miesiącami, o której myśleli intensywniej niż o czymkolwiek innym, na którą
się cieszyli, na myśl której się bali.
Dokładnie o 3 ruszyli Ci, których celem było ukończenie
Biegu 7 Dolin – 100km z przewyższeniem ok. 4480m. Zenek zrobił wspaniałą atmosferę. Wiem, że
nie są to Rydwany Ognia w Chamonix a 7 Dolin to nie UTMB ale jak 800 osób
ruszyło w akompaniamencie krzyków, oklasków i spikerki Zenka…to było piękne,
wzruszające. Jeden z najwspanialszych momentów jakie doświadczyłem w swoim
biegowym życiu ( choć sam tej setki nie biegłem ). Szczerze im wszystkim
życzyłem powodzenia i bezpiecznego dotarcia do mety.
O 3:10
kolej na następnych: 66km oraz 36km w ramach Iron Run ( 8 biegów w trzy dni ) ,
3:20 to dystans 36km – czyli mocno niedowidzący Tomasz rusza do akcji dość
ambitnie, na bardziej stromych fragmentach podchodziłem, te mniej strome i
płaskie fragmenty biegłem. Na Jaworzynie byłem o 4:40, czas niezły. Pod górę
nikt mnie wyprzedzał a i zbieg z Jaworzyny był dla mnie dość przyjazny. Nie był
stromy ani błotnisty więc zbiegałem całkiem przyjemnie w przyzwoitym tempie, na
tyle dobrym, że nie stanowiłem barykady na drodze innym biegaczom. Na punkt
kontrolny na Hali Łabowskiej ( 22km trasy ) chciałem dotrzeć po 2h 30 min
biegu. Nie do końca mi się to udało bo zameldowałem się 18 minut później.
Tam
różne dystanse wymieszały się dość konkretnie i ludzi było zatrzęsienie. Na
punkcie spędziłem 12 minut. Znaczną część z nich stojąc w kolejce do toalety a
część w toalecie…Do Rytra zostało tylko 13-14 km. Liczyłem, że 4h 30min – 4h 50
min jest w moim zasięgu. Niestety dla mnie, zaczęły przeważać strome i bardzo
śliskie zbiegi, na których nie będę ukrywał nie czuje się dobrze. Boję się, że
sobie coś skręcę, słabo widzę ( na domiar złego z moich okularach odpadł jeden
nosek i te skakały mi po całej głowie nie bardzo chcąc trzymać się na nosie… ).
Dość napisać, że 14km przemierzyłem w 150 minut…co bardzo skutecznie zepchnęło
mnie w otchłań klasyfikacji na 217 miejsce z 311 ukończonych. Jednak to był
piękny bieg, gwiazdy na wyciągnięcie ręki widziane z Jaworzyny, wschód słońca w
Beskidach…te chwile zostaną ze mną na zawsze, a że nogi trochę bolą…nic to.
Po
biegu szybko zapomniałem o bólu, byłem na stoisku Maratonu, rozmawiałem z
innymi biegaczami. Niektórzy robili sobie ze mną zdjęcia…
Teraz
napisze o czymś bardzo ważnym i osobistym nie tylko dla mnie mam nadzieję dla
Niego też…choć nie znam jego imienia i nie wiem skąd jest. Szukając
wczorajszego dnia kibicowałem tym którzy kończyli 100km. Wiadomo, wygrał bardzo
wyraźnie Marcin Świerc ale to nie będzie o nim. Na większość zawodników, która
kończyła ultra wyzwanie czekała rodzina, przyjaciele. Ludzie przebiegali metę z
dziećmi na rękach, dzielili radość i ból z najbliższymi. Nie na wszystkich,
jednego Biegacza spotkałem owiniętego w folię, trzęsącego się z zimna…szedł w
zupełnie nie określonym kierunku. Był sam. Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.
Podszedłem do Niego, poklepałem Go po ramieniu i pokazałem uniesiony do góry
kciuk…w głowie pomyślałem „Dobra robota Stary” a przez jedną chwilę w jego
oczach zauważyłem odpowiedź „Dziękuję” To było coś wyjątkowego.
Akt III
Półmaraton - start w niedzielę o godz. 8:30, 240m przewyższenia. Czas
1:53. Zając dla Andrzeja.
Poprzedniego dnia poszedłem spać
o 20tej, trochę odpocząłem i znowu
bieganie. Plan był taki by Andrzej złamał 1:50, niestety podbieg z Tylicza na
Romę mocno zweryfikował nasze zamierzenia. Najważniejsze, że dał z siebie
wszystko, walczył, nie przeszedł do marszu i mocno finiszował.
Koniec Festiwalu. Były to piękne chwile, walki, bólu i
koleżeństwa.
Jak zawsze fajnie napisane i wiesz co? to była kropka nad "i" żeby pojechać tam za rok.. zobaczyć i poczuć ten klimat. Dzięki!
OdpowiedzUsuńProszę bardzo :)
OdpowiedzUsuń