Z
aświaty, rozumiane jako dziura,
pustka, w której nie ma ani formy ani treści – czyli chęci. W takim to oto
marazmie, kiblu, by nie napisać czarnej dupie znalazłem się tej jesieni/zimy z
moją formą. Nie jest to w ogóle super bojowo nastrajający okres, a do tego
wszystkiego moja psychika i fizyczność akurat wtedy powiedziały stanowcze i kategoryczne: NIE, PIEPRZ SIĘ
KOLEŚ!
No cóż. Szukałem natchnienia. W
lesie. Pomogło, na trochę. To był grudzień, w styczniu zaś zburzyło się
całkowicie…40:46 na dyszkę. Gdzie ukryć głowę, gdzie znaleźć tyle popiołu do
tej posypania, lub mysią dziurę bym się tam schował. Było mi wstyd. Zacząłem
mimowolnie żyć wspomnieniami. A kiedyś to się biegało, a jakby to, a jakby
tamto, to byłoby to, albo tamto…Brakowało do tego wszystkiego bułki chleba,
ławki w parku i karmić gołębie rozglądając się przy tym za młodymi
dziewczynami.
Nie chcę tak!!! Najgorsze jest to, że brak rywalizacji obudził we mnie strach przed nią. Jeszcze w grudniu rozmawiałem telefonicznie z Olą i trochę mnie to nakręciło, by spróbować powalczyć o kwalifikacje do maratonu moich marzeń – Bostonu. Podczas największej otchłani psychicznej i fizycznej nawet TO nie motywowało mnie do wychodzenia na treningi. Dwa lub trzy razy w tygodniu wychodziłem, w większości dlatego, że ktoś o starym dziadzie sobie przypomniał i zabrał na trening. Przeglądałem wyniki różnych dystansów i z przerażeniem odkryłem, że coraz więcej ludzi wkracza, ba pakuje się z buciorami w obszary zarezerwowane kiedyś tylko dla mnie. Jak oni śmieli, czy już nie ma świętości na tym świecie, przecież to ja! Ten który zaczynał, ten który przecierał ślady i KOŁO SIĘ ZAMYKA…znowu wspomnienia.
Dość. Dobrze, próbuje przebiec Orlen Maraton poniżej 3:10.
Przygotowania były proste,
oparłem ja na długim wybieganiu w formie BNP lub z przyśpieszeniem na końcu i
drugim zakresie. Czasami interwały pod maraton: 1000/2000/3000. Wolne
wybiegania na samopoczucie, czasami i 5:40/km było żwawo. Nic odkrywczego.
Dzień startu. Wszyscy pytają, czy
jest forma, czy jest moc, czy jest spręż? A ja nie wiem co powiedzieć, spręża
wielkiego nie ma, moc? Jaka moc? Jednak byłem pewien, że zrobiłem wszystko tak
jak trzeba, a to co robiłem było odpowiednim narzędziem do tego by osiągnąć
cel. Więc o to jestem wśród tysięcy biegaczy.


Pierwsze pół zleciało książkowo,
czyli nudnie. Trzymanie swojego tempa 4:19-4:20/km, po połówce „a może by tak
mocniej pójść?”. W odpędzeniu tych myśli pomógł mi bardzo mocny, przeciwny
wiatr. Więc trzymałem dalej swoje. Nikt dookoła nie chciał zorganizować się w
grupkę, która biegnąc po zmianach mogłaby się nakręcać. Więc przechodziłem
spokojnie kolejnych biegaczy. Niestety tempo żadnego z nich mi nie odpowiadało.
Wreszcie jest jeden! Wysoki chłopak, który biegnie w okolicach 4:20/km. Nie
wiem jak wygląda Jego twarzy, za to plecy poznałem dość dokładnie. Raz nawet
chciałem dać mu zmianę, ale silny wiatr uderzył we mnie…więc się od razu
schowałem. Tak dobiegliśmy do 30 km, na którym zjadłem żel, i przez to trochę
zwolniłem. Zrobiła się luka…10-15 m. Nie dobiegnę przebieżką, bo mnie postawi.
No trudno walczę dalej. Ostatnie 10 km podzieliłem sobie na odcinki, tak było
mi łatwiej zachować siły. Na pięć do mety przebiegam obok mojego Wysokiego
Pomocnika, niestety nie łapię się za mną, zapłacił za to, że mnie przewiózł na
plecach. No cóż dziękuje i biegnę do mety. Balon, finisz, nic się dzieję. Nie
mam ciar, czy innej ekscytacji metowej, nie krzyczę, nie podnoszę rąk. Nawet
nie wiem czy się cieszę…Rozmawiam chwilę z Antkiem Cichończukiem i idę się
przebrać. Hałas jest straszny, uciekam ze stolicy jak najprędzej.
Podsumowanie. Bieg rozegrałem
dobrze, pierwsza połówka w 1:31:21, druga w 1:33:23 co jak na bardzo mocny
przeciwny wiatr w drugiej części biegu jest wynikiem przyzwoitym. Całość w 3:04:44.
Czy się w końcu cieszę? Przecież to mój drugi czas. Trochę tak, ale wolę
świadomość, tego że to dobrze rozegrałem i praktycznie z niczego pobiegłem
dobry wynik* w maratonie. Bo w końcu biegam już tyle lat, jestem po wypadku i
operacji kolana. To komu ma się należeć jak nie mnie? A kiedyś to byłoby
lepiej, a gdyby, a kiedy, a może…Zamknij się malkontencie i się trochę pociesz :) …idę do parku karmić
gołębie.
Do zobaczenia na trasie!
*
wyniki, czasy jak i stwierdzenia „dobry czas” lub „zły czas” są subiektywne i
proszę nie myśleć, że autor zjadł wszystkie rozumy
Wszystkim, którzy wierzyli lub nie, trzymali kciuki, odświeżali relacje on-line, mnie inspirowali i pomagali serdecznie dziękuje.
Biorę trochę Twojego wyniku jako swój sukces :-) Ciesze się, że jedną rozmową chociaż trochę nakręciłam Cię do spełnienia marzenia. Myśl pozytywnie bo Twoje miejsce jest wśród najlepszych. Więcej wiary i cóż... może do zobaczenia w Bostonie? :-) Fajnie było Cię zobaczyć na 34km. Wiedziałam wtedy, że pójdzie dobrze :0(
OdpowiedzUsuń:) dzięki bardzo
UsuńGratuluję i trzymam kciuki za realizację biegowego marzenia :)
OdpowiedzUsuń