Mityczny Przewodnik Puszczy nie przybył…opuścił nas biegaczy. Nawoływaliśmy Go lecz bez skutecznie. Co robić? Szukać Go w Janowie Lubelskim, czy może na jakieś sośnie? W nadziei na spotkanie nasłuchiwaliśmy zbliżających się odgłosów rozklekotanej Ukrainy. Nic z tego, tylko głucha cisza dookoła przerywana odgłosami pasących się kóz. Niektórzy z nas z tej zgryzoty zaczęli matkować tym Bożym istotom i dokarmiać je metodą usta-usta.
Nie
oszukujmy się, nie bójmy się słów – nie będzie Go, nie doczekamy się – pora
ruszać w naszą drugą i długą wycieczkę biegową po Lasach Janowskich. Tym razem
po ich zachodniej części, w której początkiem i końcem był Łążek Garncarski.
Krok
za krokiem Nasza Osierocona Trójka udała się w niezwykle piękną i nad wyraz
gorącą przygodę biegową. Co prawda niektórzy chcieli podjechać ale na szczęście
konika nie było więc nici z podwody.
Piękny
jest ten Las a słońce przedzierające się przez drzewa, spoglądające ciekawsko
na trzy niezidentyfikowane obiekty, czyni go jeszcze piękniejszym.
Pomimo
swojego ogromu Puszcza nie przytłacza jest przestronna, widna, jak super
nowoczesny, komfortowy, drogi loft w Warszawie albo jakimś innym Manhattanie.
A nie
przepraszam, Puszcza jest za darmo, stać nas J.
Dobiegamy
do Rezerwatu Imielty Ług – taki Perehod w wydaniu z Janowa Lubelskiego. Przez
groblę pomiędzy stawami Radełko i Imielty Ług
trochę kładkami
a
trochę lasami
docieramy
do kulminacji Dużej Grepy. A tam widoki
lepsze niż z Pałacu Kultury lub innego wysokiego ustrojstwa
Nenufary
też były ale żaden z nas nie poszedł w ślady Józefa Tolibowskiego…więc nadal
rosną i czekają z nadzieją na to, że ktoś kiedyś je zerwie i rzuci pod nogi ukochanej osobie…
ups
wydało się…bardzo lubię „Noce i Dnie” i co z tego? J
Dość
tego romantyzmu, 12 km za nami a nie wiadomo ile przed. Po dalszych 3 km
dobiegamy do kolejnych stawów. Groblą pomiędzy Stawami Gościniec, Kmicic,
Witold, Sokoła i Ostatnim
docieramy
do Kapliczki na rozdrożu dróg a raczej dróżek, mikro asfalt położony na mikro
drodze w makro lesie. Trochę nas zaczyna
wytapiać i przysmażać, dodatkowo jak to zwykle bywa woda się już dawno
skończyła i to wszystkim uczestnikom solidarnie w tym samym czasie. Do końca
jeszcze sporo kilometrów…na samo wspomnienie mam sucho w gardle…
Hurra przed nami ludzie, pewnie wiedzą gdzie w okolicy jest sklep. Spotkani turyści rowerowi w sile osób kilkunastu byli bardzo mili i uczynni. Paweł tak długo wpatrywał się w prowiant wycieczkowy i opiewał kunszt kulinarno–kanapkowy pewnego Pana, że ten Bidulka, podzielił swój pszenny skarb na dwie części. Wcześniej Kolega P. wydębił pół kilograma jabłek i rower…Jabłka zjadł sam a na rower kazał mi wsiadać i szukać najbliższego sklepu
Hurra przed nami ludzie, pewnie wiedzą gdzie w okolicy jest sklep. Spotkani turyści rowerowi w sile osób kilkunastu byli bardzo mili i uczynni. Paweł tak długo wpatrywał się w prowiant wycieczkowy i opiewał kunszt kulinarno–kanapkowy pewnego Pana, że ten Bidulka, podzielił swój pszenny skarb na dwie części. Wcześniej Kolega P. wydębił pół kilograma jabłek i rower…Jabłka zjadł sam a na rower kazał mi wsiadać i szukać najbliższego sklepu
Cóż to
był za sprzęt – dameczka…chodziła pięknie ( bez zbędnych sekistowskich domysłów
proszę J
Panzerwagen z Lublina to od
niedzieli moja ksywka. Wrzuciłem twardy obrót i pojechałem wcale nie gorzej niż
Tony Martin. Sklep był a i owszem ale
zamknięty na trzy spusty. Pokręciłem się po wsi ale niczego więcej nie
znalazłem. Na szczęście dla nas nie tylko Paweł potrafi coś wysępić. Wróciłem z
tarczą tzn. z butelką wody, którą otrzymałem zupełnie gratisowo od bardzo
sympatycznej Pani – dziękuję.
Koniec jeszcze daleki, jakieś 12-13 km. Coraz cieplej ale i bliżej do auta a w
naszym kochanym samochodziku: woda, pepsi i inne frykasy, których nie chciało
nam się targać i których znaczenie
rośnie wprost proporcjonalnie do przebytego kilometraża. Delikatnie rzecz
ujmując końcówka biegu zaczęła się dłużyć
Puszcza
zdawała się nie mieć końca
a woda
dawno się skończyła. Miejscowości ani widu ani słychu, za to podłoże coraz bardziej
piaszczyste wysysało dodatkowo siły. Las się przerzedził, zapraszając na swoje
pokoje gorące, letnie słoneczko…tak, chciało nam się pić i to bardzo…
Jednak znowu się udało! Nie trzeba będzie wzywać TOPRu, Leśniczego, Sołtysa czy miejscowych Ochotników Strażackich. Garnek na płocie
Jednak znowu się udało! Nie trzeba będzie wzywać TOPRu, Leśniczego, Sołtysa czy miejscowych Ochotników Strażackich. Garnek na płocie
to
niewątpliwy znak sygnał, że gdzieś obok stoi zaparkowana nasza oaza.
Po
38km zatoczyliśmy koło, nie garncarskie lecz biegowe. Koło piękne i gorące,
pełne miłych spotkań z ludźmi i przyrodą. Koło, które na pewno powtórzymy z
Mitycznym Przewodnikiem.
Po pięknych Lasach Janowskich krążyli: Gosia, Paweł i Tomek. Dzięki J
Po pięknych Lasach Janowskich krążyli: Gosia, Paweł i Tomek. Dzięki J
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz